Internowanie (trochę zapisków)

Całe popołudnie 12 grudnia przygotowywaliśmy z Walerkiem Pańko projekty dokumentów programowych na zamierzoną krajową konferencje na temat samorządu terytorialnego. Walerek współpracował z kierowaną przeze mnie Radą Współpracy Samorządów Pracowniczych. W czasie naszych rozmów powstał pomysł podjęcia prac nad koncepcją demokratycznego samorządu terytorialnego. W drodze do domu podjechałem na stacje benzynową w Chorzowie gdzie znajomy sprzedawał mi czasem benzynę kiedy na stacji wisiał napis Benzyny brak. Stacja była pusta ale benzyny tym razem nie dostałem. Bał się, bo kilka razy widział przejeżdżające patrole milicyjne. Powiedział bym przyjechał około 5ej rano. Wróciłem do domu około 11-ej wieczór z zamiarem zerwania się nad ranem po benzynę do swojego małego fiata. Elżbieta była w szpitalu w Ochojcu, gdzie codziennie ją odwiedzaliśmy, a sytuacja polityczna stawała się coraz bardziej napięta i miałem coraz liczniejsze spotkania i zajęcia.

Położyłem się i chwilę jeszcze czytałem tygodnik "Solidarność", jakiś tekst bodaj Czabańskiego, pisał, że władze nie odważą się ogłosić stanu wyjątkowego. Wydaje mi się, że byłem mniej optymistyczny. Joanka mówi, że w dziwny sposób przerwano w telewizji relacje z Kongresu Kultury. Zgasiłem światło. Zaraz potem usłyszałem dzwonek do drzwi i Joankę pytającą kto to? Zapalam światło do mojego pokoju podbiega Joanka i mówi, że to milicja. Podszedłem do drzwi i mówię jeśli to milicja to proszę zgodnie z prawem przyjść po 6ej rano. Słyszę jeśli Obywatel nie otworzy wyłamiemy drzwi i przez wizjer widzę mężczyznę z łomem, który w drugiej ręce trzyma otwartą jakąś legitymacje. Drzwi otworzyłem dwu esbeków weszło do przedpokoju, trzeci został na korytarzu, zaczęli mnie legitymować i usłyszałem jakąś formułkę o internowaniu. Kazali mi się ubrać. Do przedpokoju weszła obudzona moja mama, która przyjechała do nas zająć się domem w czasie pobytu Elżbiety w szpitalu. Mama spokojnie lecz stanowczo wyrażała swoje oburzenie i pogardę. Mówię Mamo, każde pokolenie Polaków musi przez to przejść. Esbecy chyba trochę skonfundowani nie odważyli się ominąć starszej pani i nie weszli za mną do pokoju w drugiej części mieszkania. Jest kilka minut po północy. To ich pierwsze internowanie. Jeszcze są niepewni całej swojej sytuacji. Mogłem ubierając się powiedzieć Joance, gdzie są najważniejsze dokumenty, kalendarz, notatki, adresy, telefony i prosić by je jak najszybciej wyniosła i ukryła. Przytomnie ubrałem się bardzo ciepło, zabrałem szczoteczkę do zębów, papier bibułkowy, ołówki i wszystkie Extra Mocne jakie miałem w domu. Ucałowałem córkę i matkę. Wyszedłem z esbekami, tego trzeciego za drzwiami już nie było. W windzie mówię Panowie to się źle skończy dla wszystkich , dla was też. Popatrzcie sobie w oczy i pozwólcie mi uciec. Jeden z nich odpowiada: już za późno. Przed domem jest ten trzeci esbek. Stoi obok małego fiata. Każą mi do niego wsiąść na tylne siedzenie. Obok siada esbek z przodu pozostali dwaj.

Jedziemy bez słowa przez miasto do Komendy Miejskiej MO na Kopernika. Prowadzą mnie do jakiegoś pokoju, gdzie milicjant w cywilnym ubraniu akurat parzy herbatę. Każe mi siąść przed biurkiem i zaczyna spisywać moje dane. Mówi, że to rutynowe zapisy aresztowanego przed zaprowadzeniem do celi. Proponuje herbatę. Kiedy pyta o stan zdrowia jakby zachęcał do wymienienia licznych niedomagań więc wymieniam chorą wątrobę, nerki, żołądek, kręgosłup i coś jeszcze. Pytam co się właściwie dzieje. Wie Pan sam nie wiem , kazali przyjść wszystkim do Komendy o 22ej, ja jestem z wydziału kryminalnego, około 23ej powiedzieli, że wprowadza się stan wojenny. Skończył pisać protokół, odebrał mi chyba tylko pasek, kazał podpisać protokół zatrzymania i depozytu. Podniósł słuchawkę, wykręcił numer i powiedział, że trzeba odprowadzić aresztanta. Dość długo jednak nikt nie przychodził. Odprowadzający mnie milicjant był ordynarny. Brutalnie wepchnął mnie do celi. Pod ścianą oparty o ścianę z wielkim smutkiem i zaniepokojeniem na twarzy stał w swoim ładnym kożuszku Walerian Pańko. Mówię widzisz Walerek przestrzegałem Cię, że Twoja partia może się na Ciebie zamachnąć i będzie to tak jakbyś Ty sam na siebie się zamachnął. Chwilę później do celi wepchnięto Bolka Sojkę, bojowego przewodniczącego "S" z kopalni "Katowice".

Po około godzinie kazano nam wyjść z celi i upchali nas i kilku innych do milicyjnej Nyski. Zorientowaliśmy się, że wiozą nas na południe od Katowic. W samochodzie było bardzo zimno i potwornie śmierdziało. Jeden z kolegów dostał rozstroju żołądka. Każdy zastanawiał się gdzie nas wiozą. Kiedy później pytałem każdemu przychodziły do głowy podobne myśli. Do Czechosłowacji? A może rozwalić w lesie? Samochód zatrzymał się. Zorientowaliśmy się po głośnej rozmowie milicjantów pytających o drogę do miejsca, którego nazwy nie usłyszeliśmy, że jesteśmy przed jakąś komendą milicyjną. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy jak się okazało pod bramę obozu-więzienia. Podjechały inne Nyski z których wyprowadzano ludzi. Zobaczyłem Andrzeja Czeczota w spodniach od piżamy, w kusej bluzie, skurczony z zimna, kuśtykającego po śniegu. Na bosych nogach miał jakieś szmaty. Później wyjaśniał, że to były szaliki, które dostał od kolegów w celi. Ustawiono nas w szeregu między pierwszą i druga bramą do obozu. Między dwoma rzędami kolczastych drutów stali strażnicy z psami. Było nas czterdzieści może pięćdziesiąt osób. Walerek podał Andrzejowi swój szalik. W szeregu widzę kilka kobiet. Jedna w nocnej koszuli wystającej spod męskiego płaszcza. Wtedy ogarnęła mnie największa groza. Zdałem sobie sprawę, że tej nocy aresztowano wiele tysięcy działaczy "S". Zaprowadzono nas mężczyzn do jednej celi, a chyba raczej do na prędce opróżnionego pomieszczenia w baraku więziennym. Staliśmy jeden przy drugim. Na długiej rurze nieczynnego kaloryfera ułożyliśmy śpiącego kolegę, wielkiego chłopa całkowicie pijanego i opieraliśmy się o niego podtrzymując go w ten sposób. Po dwu mniej więcej godzinach włączono głośnik i usłyszeliśmy generała. Najpierw to była druga część jego pierwszego wystąpienia. Zaraz jednak usłyszeliśmy całe od początku. Zrozumiałem, że na razie czeka nas po prostu więzienie a późniejszy los zależy od rozwoju sytuacji. Zdawałem sobie sprawę z dramatycznych wyborów przed jakimi stoją teraz nasi koledzy z "S", którzy uniknęli internowania. Byłem przekonany, że strajki będą powszechne, że dojdzie do wielkiej konfrontacji społeczeństwa z komuną. Dobrze po świcie przeprowadzono nas do baraków opróżnionych w nocy z więźniów przeniesionych do innej części obozu. Dowiedzieliśmy się, ze przebywamy w Ośrodku Więziennym w Szerokiej-Jastrzębie. Trzy baraki w których umieszczono internowanych były wewnętrznym więzieniem zbudowanego jeszcze w latach 40-tych obozu pracy. Tu właśnie trzymano skazanych na pracę górniczą więźniów najczęściej politycznych. W nocy i nad ranem do Szerokiej dowożono internowanych. 13 grudnia po południu było nas około czterystu. Prowadzony rano do baraku czytam wielki napis na murze budynku straży więziennej: Właściwe wykonywanie powierzonych obowiązków drogą powrotu do społeczeństwa. Podwójny płot z drutów kolczastych, strażnicy z psami i to groteskowo-groźne hasło. Komunistyczny "mały" Auschwitz.

Jest nas w celi siedmiu. Bolek Sojka, mój student Piotrek działacz NZS-u, Kaziu ochraniarz Rozpłochowskiego, to ten pijany z pierwszej nocy w Szerokiej, Bogdan rysownik niedźwiedzi z tygodnika "Huta Katowice" i Janek Ludwiczak przewodniczący "S" z kopalni "Wujek". Janek opowiada jak go aresztowali. Mówi, że kopalnia na pewno stoi. Po Janka przyszli około 23ej. Nie wpuścił ich do mieszkania. Powiedzieli, że wyłamią drzwi. On zadzwonił kopalnianym telefonem do pracujących w kopalni górników. Esbecy wezwali posiłki. Kiedy kilku górników przyszło do mieszkania Janka drzwi były już wyłamane a Janka wyprowadzono. Górnicy widzieli jeszcze Janka wsadzanego do samochodu i odjazd z obstawą drugiego samochodu milicyjnego gazika. Po kilku dniach, od nowo zatrzymanych dochodzi do nas wiadomość o masakrze na "Wujku". Janek jest zrozpaczony. Hamując łkanie mówi, że ponosi odpowiedzialność za śmierć dziewięciu górników. Oni przecież wystąpili w jego obronie. Jednym z warunków odstąpienia od strajku było uwolnienie Ludwiczaka. Tłumaczę Jankowi, że żądano uwolnienia wszystkich internowanych więc taka samą odpowiedzialność ponosimy wszyscy. Przez kilka dni roztaczałem jak gdyby psychologiczną opiekę nad Jankiem. Przyszła smutna wigilia. Nasze rodziny nie wiedziały gdzie jesteśmy a my byliśmy pełni niepokoju o ich los. Warunki w obozie są bardzo trudne. Zapchane, zamarzające przewody kanalizacyjne. Powtarzający się brak wody w kranie. Zawszone koce. Ohyda.

Nie będę opisywał internowania, zachowań kolegów, przesłuchań etc. Może kiedyś jeszcze sięgnę do notatek napisanych krótko po wyjściu z interny i cos dodam. Teraz kilka anegdot.

*

Czasem pojedynczych internowanych przewożono z obozu do obozu razem z nimi wędrowała twórczość więzienna. Nasz repertuar śpiewany głośno przy otwartych oknach cel był coraz bogatszy. Nasze śpiewy docierały do pobliskich bloków mieszkalnych. Niektóre wiersze i pieśni mam spisane na kartkach, wiele pamiętam. Szczególnie lubię dopisaną w "internie" zwrotkę pięknej Kolędy.

Pociesz Jezu kraj płaczący,
Zasiej w sercach prawdy ziarno,
Siłę swoją daj walczącym,
Pobłogosław "Solidarność".

Więźniom wszystkim daj wytrwałość,
Pieczę miej nad rodzinami,
A słowo ciałem się stało
I mieszkało między nami.

*

Pod koniec stycznia coraz większy mróz, ogrzewanie w barakach nie działa, w celach przy oknie zamarza woda w miskach. Podejmujemy głośne protesty. Naczelnik więzienia wzywa przedstawicieli baraków do siebie. Dowiadujemy się, że Szeroka nie ma już węgla w kotłowni, zaczyna też brakować do gotowania posiłków. Wtedy Czesław Sławek z kopalni "Manifest Lipcowy" zwraca się do pułkownika by pozwolił zadzwonić mu do kopalni. Po chwili wahania naczelnik przeszedł z Cześkiem do drugiego pokoju gdzie był telefon. I słyszymy tubalny głos Cześka:
Tu Czesław Sławek, proszę połączyć mnie z dyrektorem.
Nie, nie, ja siedzę w Szerokiej Dyrektorze. Mam do Was prośbę. Internowani zamarzają bo w obozie nie ma węgla. Ja Was proszę przyślijcie węgiel do Szerokiej.
Chłopy - to już do nas i naczelnika – będzie węgiel.
Widzę, że pułkownik tłumi wybuch śmiechu.

Po południu wychowawca Śliwa woła mnie do kraty w baraku (drzwi do cel w tym czasie zostawiali otwarte, korytarz zamknięty był kratą) i mówi do mnie: panie Mecenasie do nas co chwilę podjeżdża samochód z węglem. Jeszcze nigdy nie mieliśmy tyle węgla. Śliwa zwracał się do mnie z takim tytułem bo często wybierano mnie na przedstawiciela baraku i on myślał, że muszę być wobec tego prawnikiem. Wiedział, że w rozmowach z naczelnikiem zawsze powoływaliśmy się na zapisane prawo często przez nas domniemane tylko. Naczelnik nigdy nie prostował bo przecież on sam znał tylko swoje regulaminy i otrzymywane bieżące polecenia.

Wieść o marznących internowanych w Szerokiej szybko dotarła do Warszawy może szybciej niż węgiel do obozu. Do Szerokiej przyjeżdża Maja Komorowska z ciepłymi ubraniami. Naczelnik nie zgadza się by spotkała internowanymi ale dary odzieżowe każe przyjąć i przekazuje je internowanym. Z tych darów dostałem piękne, białe, grube, całkiem nowe gacie z zagraniczną zachodnią metką. Od Łapickiego myślę, a może od Holoubka?

Kilka dni później przyjeżdża Kukułowicz, doradca prymasa. Tym razem naczelnik pozwala na spotkanie z internowanymi. Kukułowicz pyta o warunki więzienne. Na nasze pytania o sytuację w kraju odpowiada zdawkowo o jakiejś możliwości porozumienia z władzami. Nie mówi jednak kto miałby to porozumienie z Wroną zawierać. Przywiózł kilka kartonów żywności, dużo czekolady i kawy. Po jego wyjściu żywność i kawę podzieliliśmy równo między dwa już wtedy baraki natomiast podział czekolady wywołał debatę tym bardziej, że ktoś zaproponował by czekoladą obdzielić także dzieci strażników i wychowawców. Algorytm podziału stawał się coraz bardziej skomplikowany. Wezwany został wychowawca Śliwa by spisał i przekazał nam ile dzieci ma każdy z naszych klawiszy. W ten sposób demoralizowaliśmy politycznie służby więzienne PRL przez ich udział w podziale delikatesów przesyłanych wrogom partii i rządu przez imperialistów.

*

Kipisz czyli rewizja w celi. Konfiskują notatki, różne przedmioty z wyjątkiem toaletowych. Szukają radia, już wiedzą, że internowani słuchają BBC, VoA, RWE i RFI. Elementów elektronicznych, które złączone w odpowiedni sposób przez Wieśka Micherdę elektronika z Poręby tworzyły odbiornik radiowy wysokiej klasy nie znaleźli. Połączone w czasie nadawania głównych wiadomości zawsze odbieraliśmy którąś ze stacji. Elektronikę według specyfikacji Wieśka przeszmuglowała w cieście jego żona. W czasie rewizji zabrano mi rzeźbę z mydła zrobioną i podarowaną przez Bogdana, którego uczyłem angielskiego kiedy postanowił wyemigrować. Napisałem skargę do Naczelnika wyjaśniając, że to była moja własna dłubanina w mydle i żądałem zwrotu rzeźby. Po jakimś czasie wychowawca Śliwa pyta mnie co to za rzeźba? Wie Pan - odpowiadam - taka alegoryczna w mydle. Mówiąc Aha Śliwa przyjął do wiadomości moje wyjaśnienie. Po chwili przylatuje do mnie do celi jeden z kolegów i mówi: byłem przy kracie, słyszę, jak Śliwa mówi przez telefon do kogoś by znaleźli rzeźbę algebraiczną, bo Naczelnik kazał oddać panu Krakowskiemu. Jeszcze tego samego dnia przyszedł Śliwa, przyniósł rzeźbę i mówi: Widzi Pan jest! Była zapisana jako maska indiańska. Rzeźba wciąż stoi na mojej bibliotece. Przedstawia rozbite jajo, z którego wykluwa się albo paskudny ptak WRONA a może wykluwa się piękny ptak orzeł a czas wrony jest już policzony. Nie pytałem artysty co miał na myśli.

*

Na początku lutego zapadłem na zdrowiu. Przeniesiono mnie do więziennego lazaretu a kilka dni później do szpitala górniczego w Jastrzębiu, gdzie po wyleczeniu z zapalenia płuc lekarz Staś Szewczyk leczył mnie z coraz innych, coraz cięższych i coraz trudniejszych do zweryfikowania chorób. Odwiedzali mnie najbliżsi a także koledzy i przyjaciele Max Pazdan, Andrzej Czeczot, Baśka Cieszewska, Józek Kolonko i inni. Przetrwałem w szpitalu do końca maja, kiedy to mnie zwolniono z internowania z zamiarem dostarczenia mi zwolnienia z pracy w akademickim terminie w czerwcu. Nie wręczono, bo ze szpitala wyszedłem z miesięcznym chyba zwolnieniem.

*

Joanka zdała maturę i przygotowywała się do egzaminu na anglistykę na UW. Odwiedzali mnie koledzy z Warszawy przyjechał Jacek Maziarski, z Krakowa Jurek Surdykowski i Lusia Lazar. Na początku lipca w czasie egzaminów Janki na Uniwersytecie pojechaliśmy Elżbieta i ja do Warszawy. W kawiarni architektów na Foksal Olek Paszyński urządził mi powitanie, byli Szymon Jakubowicz, Jacek Maziarski, Darek Fikus, Wojciech Adamiecki dosiadało się kilka innych osób. Prosili by opowiedzieć o internowaniu, przytoczyłem anegdoty, które tu wyżej zapisałem. Michał Radgowski, który notował język stanu wojennego zapisał sobie treść hasła zachęcającego do wykonywania obowiązków w Szerokiej.

*

Po kilku miesiącach pracy gdzieś na początku lutego 1983 roku miałem już pierwszą redakcję głównych części mojej książki Wymienialność walut. Profesor Eugeniusz Drabowski napisał bardzo dobrą jej recenzję wydawniczą dla PWN. Wydawnictwo podpisało ze mną umowę. Karol Lutkowski z SGPIS włączył część mojej pracy do tzw. tematu węzłowego.

Często spotykałem się z solidarnościowymi przyjaciółmi, Walerkiem Pańko, Jurkiem Kurkowskim, Grzegorzem Opalą, Zygmuntem Barczykiem zaczym wyjechał do Szwecji. W piątkę w styczniu 1983 roku przygotowaliśmy list protestacyjny śląskiego środowiska naukowego i artystycznego do Sejmu przeciw aresztowaniu siedmiu przywódców "S" List podpisało 51 osób. (dok) List za pośrednictwem Olka Paszyńskiego przesłałem do Sejmu. Z akt udostępnionych mi w IPN wiem, że sprawnie, szybko bez wpadki przeprowadzone zbieranie podpisów, spora ilość sygnatariuszy rozsierdziły bezpiekę. Próbowali ustalić inicjatorów listu. Wzywali mnie na przesłuchania ale dowodu mojego uczestnictwa w napisaniu i kolportowaniu listu nie mieli. Po paru miesiącach dopiero z podsłuchu u Kazia Świtonia dowiedzieli się, że byłem współautorem listu.

Zebranie podpisów nie było wcale łatwe. Ludzie się bali, szczególnie tu na Śląsku doświadczonym zbrodnią na "Wujku", pacyfikacją "Manifestu Lipcowego" i Huty Katowice, licznymi aresztami, wyrokami więziennymi. Jeden z profesorów poprosił przed podpisaniem o tekst listu. Zabrał go by poradzić się w sprawie podpisania swego bardzo znanego starszego kolegę. Usłyszał Mój Drogi! Nie podpisuj, to może być prowokacja. Oni nas niepokornych próbują wyłowić. Nie podpisał. Wieczorem do jednego z nas przyszedł stary emerytowany profesor, dość roztrzęsiony. List podpisała jego córka bodaj dr hab. docent. Prosił by pozwolono mu wymazać jej nazwisko i zastąpić go jego podpisem.

Spotykałem się dość często z Ryśkiem Kuszłeyko. Kiedyś u nas w mieszkaniu wciągnął mnie do łazienki puścił ostry strumień wody i mówi swoim tubalnym barytonem, że w konspirze jest Bazylim i pyta jaki ja przyjmuje pseudonim. Zdaje się, że zostałem Mateuszem. Po wyjściu Ryśka Joanka pyta mnie rozmawialiście o jakimś Bazylim, kto to jest?

Z Ryśkiem przygotowywaliśmy jakieś notatki dla Tadka Jedynaka, który był szefem regionalnej struktury konspiracyjnej.

W końcu kwietnia byłem w Warszawie oddać swoja część badań "problemu węzłowego" zatrzymałem się u Haliny Kuczyńskiej gdzie była też Janka Walukowa. Pamiętam, że obie Panie radziły mi wyjechać z domu przed 1-Maja bo mogą być aresztowania. Miałem taki zamiar ale nie zdążyłem. Esbecja przyszła po mnie już 29 kwietnia o 6-ej rano. Było ich trzech z nakazem rewizji. Jeden mnie pilnował, drugi bezczelnie grzebał w szufladach, w szafie w bibliotece trzeci najstarszy z nich stał w oknie i mówił jakby do siebie: O Boże! Kiedy to się wreszcie skończy. Jak wynika z posiadanej przeze mnie kopii "Planu przedsięwzięć do sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. DORADCA nr rej.47708" czyli mnie, kierujący przeszukaniem dostał m.in. polecenie: "Wykorzystując zatrzymanie figuranta dążyć do ustalenia odcisków jego kluczy od mieszkania i samochodu". To przestępcze polecenie podpisał naczelnik Wydziału III-1 por. Z. Kłaptocz.

1 czerwca 1983 roku wręczono mi wypowiedzenie z pracy w Akademii Ekonomicznej uzasadniając brakiem postępów w pracy naukowej. Taką właśnie opinie wydał dyrektor instytutu w którym pracowałem Teodor Kramer, który napisał, że moje publikacje maja charakter publicystyczny a nie naukowy.* Zwolnienie zaskarżyłem do Komisji Rozjemczej, która już na pierwszym posiedzeniu uznała bezzasadność zwolnienia w oparciu o przedstawioną przeze mnie m.in. recenzję mojej części "problemu węzłowego" z wnioskiem o nagrodę oraz umowę wydawniczą z PWN na publikację mojej monografii MFW. Prorektor Sołtysik zdumiony polityczną niesubordynacją Sędzi prowadzącej rozprawę w Komisji. zapowiedział apelacje do Sądu Pracy. Jak powiedział mi jakiś czas po rozprawie Jerzy Wuttke panią sędzię, która prowadziła moja sprawę w Komisji pozbawiono stanowiska kierowniczego w Sądzie Rejonowym.

Dostałem list od Adi’ego Schnytzera i zaproszenie z Griffith University. Złożyłem podanie o paszport. Opisuje ten wątek w innej części moich wspomnień.

Po paskudnym artykule Jerzego Lobmana w Trybunie Ludu zatytułowanym Nie zrobi się orła z wróbla napisanym po otrzymaniu w październiku Nobla przez Lecha Wałęsę wysłałem do redakcji TL depeszę: Panie Lobman z wróbla się da, z wrony się nie da. Ornitolog z Katowic.

* Ten dyspozycyjny dla SB profesor był promotorem prac doktorskich pod mniej więcej takimi tytułami jak "Marketing i gospodarka magazynowa w warunkach rozwiniętego socjalizmu". Jego doktoranci, dyrektorzy przedsiębiorstw handlowych n.p. z Bielska Białej zwozili mu do gabinetu w Instytucie kiełbasy i alkohole.