Zgoda na dyskryminację w Unii? Nie wyobrażam sobie

Propozycja Komisji Europejskiej przyznania rolnikom w nowych państwach członkowskich UE zaniżonych kwot produkcyjnych oraz 10 letniego okresu dochodzenia do obowiązującego w UE poziomu dopłat bezpośrednich jest sprzeczna z dwiema fundamentalnymi zasadami na których opiera się integracja europejska : ochroną konkurencji i solidarnością. Ta pierwsza polega na tym, że wszyscy uczestnicy wspólnego rynku mają równe prawa, a ta druga na wyrównywaniu korzyści z integracji. Propozycja, która łamie te zasady nie powinna być traktowana nawet jako stanowisko wyjściowe w negocjacjach akcesyjnych.

Przyjęcie rozwiązań zbliżonych do propozycji Komisji uniemożliwiłoby modernizację naszego rolnictwa, które wymaga inwestycji. Te zaś możliwe są tylko dzięki zwiększeniu dochodowości gospodarstw. Przyjęcie warunków jakie proponuje Komisja groziłoby w istocie bankructwem nawet wielu najlepszych naszych gospodarstw rolnych. Po uwzględnieniu w rachunku dochodowości gospodarstw rolnych wzrostu kosztów produkcji po wejściu do UE, wynikającego m.in. z dostosowania do standardów unijnych, może się bowiem okazać, że w wielu rodzajach produkcji rolnej dopiero pełne dopłaty umożliwią naszym rolnikom akumulację na cele inwestycyjne.

Sytuację tę dobrze rozumie polska opinia publiczna. Według najnowszego sondażu CBOS 56 proc. badanych uważa, ze Polska powinna bezwzględnie domagać się całości dopłat dla rolników od momentu uzyskania członkostwa w Unii, nawet jeśli groziłoby to zablokowaniem negocjacji.

Zdumiewający w tym kontekście jest wywiad jaki przeprowadził Andrzej Stankiewicz z min. Danutą Hubner zamieszczony w Rzeczpospolitej (9.V., Rozszerzenie Unii później? Nie wyobrażam sobie). Otóż dziennikarz stwierdza: "wszystko wskazuje na to, że nie dostaniemy większych dopłat dla naszych rolników niż 25 proc. w pierwszym roku członkostwa." I pyta "Kiedy rząd zacznie przygotowywać do tego społeczeństwo i tłumaczyć, że to wszystko, co możemy dostać?" Danuta Hubner na pytanie dziennikarza odpowiada: "Już zaczęliśmy to robić".

Andrzej Stankiewicz może mieć takie poglądy jakie wynikają z jego pytania. Może uznać, że Polska powinna zaaprobować członkostwo w UE na każdych warunkach, może podobać mu się wizja polskiego skansenu na peryferiach UE. To jego sprawa, reprezentuje tylko siebie samego.

Min. Hubner reprezentuje natomiast rząd RP, co więcej prowadzi negocjacje członkowskie z UE w imieniu polskiego rządu i to właśnie jej odpowiedź wywołuje zdumienie. Odpowiedź min Hubner oznacza bowiem, że rząd gotów jest zgodzić się na propozycje Komisji Europejskiej dotyczące warunków akcesji w obszarze rolnictwa. Jak dotychczas od oficjalnych przedstawicieli dowiadywaliśmy się, że rząd uważa stanowisko Komisji za nie do przyjęcia. Wypowiedź prof. Hubner być może ujawnia rzeczywiste intencje tej części koalicji, z którą jest związana czyli SLD. PSL, które jak dotychczas sprawnie broni polskiego interesu w negocjacjach z UE powinno zażądać wyjaśnień od premiera.

Dalszy ciąg odpowiedzi min. Hubner świadczy, że pierwsze zdawkowe potwierdzenie oczekiwań dziennikarza nie było przejęzyczeniem. Min. Hubner zauważa bowiem że "powinniśmy więcej mówić o szansie stworzonej dla gospodarstw rolnych, które nie produkują na rynek, które zdecydują się na podjecie trudu restrukturyzacji - przecież będą mogły uzyskiwać na łatwych zasadach przez 5 lat po 750 Euro rocznie." Przeliczając na złote kwota ta wynosi nieco mniej niż 2740 zł. czyli miesięcznie poniżej 230 zł., co odpowiada marnemu zasiłkowi socjalnemu. Tego rodzaju wsparcie nie umożliwi restrukturyzacji przeciwnie będzie utrwalać biedę na wsi. Koniecznym warunkiem restrukturyzacji rolnictwa jest zapewnienie odpowiedniej dochodowości gospodarstwom rolnym.

Wspólna Polityka Rolna z wielu względów wymaga korekty lecz każdy jej kształt musi zapewniać równe prawa jej podmiotom bo taka jest logika jednolitego rynku. Na tym właśnie opierać musimy nasze stanowisko negocjacyjne.

Powstaje wprawdzie obawa, że sprzeczności poglądów wewnątrz UE na temat reformy Wspólnej Polityki Rolnej mogą skomplikować, a nawet uniemożliwić przyjęcie przez UE wspólnego stanowiska negocjacyjnego uwzględniającego zrozumiale oczekiwania państw kandydujących. Czy to znaczy, że taka obawa może skłonić do zgody na dyskryminujące nas warunki członkostwa w Unii, które zamiast sprzyjać naszemu rozwojowi będą przyczyną rosnących napięć społecznych, bezrobocia i wykluczenia? Oczywiście nie. Nasze stanowisko musi być jasne. Nie zaaprobujemy warunków, które są sprzeczne z fundamentalnymi zasadami dotychczasowej integracji Wspólnot Europejskich. Wtedy politycy w krajach 15 będą musieli przemyśleć wszystkie negatywne konsekwencje dalszego utrzymania podziału Europy dla ich państw i społeczeństw. W swoim własnym interesie podejmą w końcu decyzje jakich oczekujemy. Zauważmy na koniec, że całość budżetowych kosztów rozszerzenia UE sama Komisja Europejska szacuje na około 0.1 proc PKB krajów "15" czyli jedną tysięczną unijnego PKB. Korzyści ekonomiczne ze stowarzyszenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej z UE jakie już teraz odnosi gospodarka i społeczeństwa UE wielokrotnie przewyższają koszty budżetowe rozszerzenia.